Pan Zebra – bohater ostatnich dni. Zrobiło się o nim głośno, kiedy jego swobodne wypowiedzi, zaledwie graniczące z polityczną poprawnością, zostały nagrane kamerą przemysłową w sklepie mięsnym. Kim jest? Co ma do przekazania światu? Czy Bolesław Chrobry naprawdę miał lewą stopę większą od prawej? Poznajmy Pana Zebrę.
Umówienie się na spotkanie z Panem Zebrą graniczyło z cudem – jego terminarz zdawał się być zapełniony w 90%. W końcu umówiliśmy się w czwartek, o piątej w klubokawiarni “Sobota”. Jak się później okazało czekał na mnie w środę o dziewiętnastej w klubie “Kanasta”, kompletnie pijany. Zatem gdy już umówiliśmy się po raz drugi, pozwoliłem sobie przypominać mu o terminie około siedmiuset razy dziennie.
Gdy już doszło do naszego spotkania, Pan Zebra powitał mnie bardzo serdecznie i od razu zaproponował przejście “na ty”. Sytuacja stała się niezręczna, gdy przypomniał sobie, że nie posiada imienia, pozostaliśmy więc w stosunkach oficjalnych.
- Urodził się pan w niedużej, biednej wiosce na Kaszubach.
- Zgadza się. Już od najmłodszych lat miałem kontakt z lasami, rzekami, jeziorami, morzem… Byli to moi najlepsi przyjaciele. Do dzisiaj pozostają… Choć dawno już nie telefonowali, to jednak w zeszłym tygodniu otrzymałem kartkę na Święta.
- Ale jest przecież marzec…
- Też mnie to zdziwiło, ale nie była nawet podpisana, więc to pewnie tłuste szuje na poczcie coś pokręciły…
- Wróćmy do pańskiego dzieciństwa. Kiedy po raz pierwszy poczuł pan przypływ rasizmu?
- Pamiętam to jak przez mgłę… Było to 13 lipca 1962 roku około godziny 11.30. Byłem jeszcze małym, nierozumiejącym zbyt wiele z otaczającego mnie świata, źrebakiem… Przechadzałem się po plaży, moja grzywa błyszczała w słońcu, rozwiewana podmuchami rozbawionego wiatru… Spojrzałem w taflę wody. Już wiedziałem.
- Co pan poczuł?
- Wstyd. Myślę, że to było najważniejsze… Okropny wstyd.
- Czego się pan wstydził?
- Jak to czego? Zobaczyłem po raz pierwszy, że jestem kolorowy. Proszę nie udawać, że pan tego nie widzi! Ja wiem, jak to jest…
- Pozwolę sobie jednak zauważyć, że jest pan dwukolorowy. Czy to jest tak, że jednej swojej barwy wstydził się pan bardziej niż drugiej?
- To jest właśnie najgorsze, bo przez lwią część swojego życia biłem się z myślami, czy jestem bardziej czarny czy biały… Czy bardziej nienawidzę białych czy czarnych… Na szczęście jestem krótkowidzem.
- Czyli to wydarzenie wywarło duży wpływ na pańskie dalsze życie?
- Katastroficzny. Zacząłem postrzegać samego siebie tak, jak postrzegali mnie inni – jak odmieńca. Wiedziałem, że muszę się ukrywać. I tak też zrobiłem.
- Uciekł pan z domu?
- Tak. Kiedy ma się cztery nogi ucieczka jest bardzo prosta. Gorzej z myśleniem.
- Gdzie się pan włóczył?
- Tu i tam. Głównie tam. Jakoś zawsze mnie tam ciągnęło. Jak w tym przysłowiu: “Tam zebrę ciągnie…”.
- I jak długo trwała ta włóczęga?
- Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, było to około 30 lat.
- To długo, jak na młodego źrebaka. Czy nie tęsknił pan za domem?
- Wie pan… Jakoś tak zleciało…
- Rozumiem. Czego nauczyła pana ta wyprawa?
- Och, nauczyła mnie wielu, bardzo wielu rzeczy! Na przykład jak zjeść paprykarz z puszki nie wchodząc nawet po niego do sklepu, ale też wielu kompletnie niepraktycznych rzeczy, jak powiedzmy znajomość wielkich artystów kubizmu syntetycznego.
- To bardzo ciekawe. I kiedy postanowił pan, że wraca, że to już koniec tułaczki?
- W zasadzie to nie było takiego wyraźnego momentu postanowienia “wracam” i kropka. To nawet całkiem śmieszna historia. Otóż pewnego dnia, kiedy sięgnąłem do plecaka po portfel, żeby zapłacic za koszyczek truskawek, jego tam nie było. Zostałem najzwyczajniej okradziony. No i musiałem wrócić. Bez kasy trochę ciężko.
- Muszę przyznać, że niebardzo rozumiem: co jest śmiesznego w tej historii?
- No bo troszkę przekląłem, jak się zorientowałem.
- Jak? Może pan zacytować?
- Oś kujcie…
- To rzeczywiście dość zabawne. Cóż, widzę, że zawsze był pan znany z ciętego języka?
- Tak, tego nauczyło mnie życie na ulicy. Jeśli nie mówisz tak, żeby ludziom odebrało mowę, to ludzie coś powiedzą i wtedy jest ryzyko, że tobie odbierze mowę. Proste, ziomuś.
- To bardzo ważne przesłanie tej rozmowy. Czy to dlatego zdecydował się pan publicznie poruszyć temat rasizmu?
- W sumie zrobiłem to dla pieniędzy.
- Zawsze to jakiś powód. Czy jest on jedyny?
- Było jeszcze takie jedno zdarzenie… Już po moim powrocie. Poczułem wtedy, że cały świat co jakiś czas robi z nas idiotów… Czytałem sobie gazetę, wywiad z jakimś znanym, pubilicznie szanowanym człowiekiem. I ten redaktor jakoś tak to uwikłał, jakoś tak zakręcił, ubrał w dziwne słowa, że w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę z zapartym tchem czytam wywiad z zebrą… Czyż to nie uwłaczające? Przecież zebry nawet nie umieją mówić! A czesi nazywają je żebrakami! Wtedy poczułem się okropnie…
- Każdy z nas przeżywa czasem taką sytuację… Czy jest coś co chciałby pan dodać na koniec naszej rozmowy?
- Tak, parę słów: gniazdko, młynkomikser, wieczne pióro, transseksualizm, ospa, ziemniaki. Albo nie – cofam przedostatnie słowo.
- Dziękuję zatem za tę pouczającą rozmowę.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
potrzymaj.pl
Jak być nieszczęśliwym?
Andrzej Chybaty – geniusz pochylił czoło nad człowiekiem
Najmodniejsze fobie w 2011 roku
Komentarze do artykułu
Brak komentarzy. Skomentuj pierwszy!