Znam to uczucie: siadam do obiadu, cały szczęśliwy, jak gdyby nigdy nic. Pełen nadziei, że już za chwilę zanurzę zęby w soczystym kawałku smakowitego mięsa. Tymczasem co się okazuje, kiedy spoglądam na talerz? Znowu kurczak…
Tego niewątpliwego pociągu do mięsa drobiowego u naszych gospodyń należy szukać nie wśród zagadnień z dziedziny mody żywienia, ani też wśród kategorii ekonomicznego myślenia. Kurczak tkwi w psychice. Tak, moi drodzy. To podświadomość każe nam wybrać drób spośród wielu innych smakołyków dnia codziennego. Skąd ta diagnoza? Już za chwilę wytłumaczę to w krótkim i przystępnym wywodzie.
Kurczak był od zawsze, na wyciągnięcie ręki. Dla przykładu: jeśli kurczaka przyrównamy do krzesła, a rękę do Gubałówki, to wyciągnięcie ręki jest jak wyciąg krzesełkowy na Gubałówkę. Sami widzicie – tego nie da się uniknąć. Skąd jednak tak głębokie zakorzenienie się kurczaka w naszej psychice? Otóż jest to zagadnienie jednakowoż złożone, dwoiste w swojej strukturze. Na potrzebę naszych rozważań, nazwiemy poszczególne warstwy tego zagadnienia warstwami. W warstwie pierwszej, niższej, nazwijmy ją Alfa, znajdują się losowe elementy ze zbioru upodobań konsumenckich, każde odpowiednio spreparowane – spłycone i uwydatnione do stopnia odpowiadającego ekspresji średnio rozwiniętego goryla w cyklu dobowym. W warstwie drugiej, nazwijmy ją Pikuś, rozkwitają elementy trojakiego rodzaju:
- zobrazowanie naszych słabostek, jako podstaw niedoskonałości dwoistej natury egzystencjalnego “ja”,
- bezatrybutowe warunki ekonomiczne, niewpływające ujemnie ani dodatnio na koegzystencję pozostałych dwóch rodzajów, ale mające zastosowanie w rzucie obiektywnym z perspektywy dzięcioła,
- dodatkowy czynnik – symbol, którego istnienie jest niezaprzeczalne, ale zarazem negocjowalne na poziomie konkretnych uwarunkowań społeczno-literackich.
Dysponując tak zdefiniowanymi ciałami poszczególnych warstw możemy pokusić się o stworzenie modelu, samoistnie decydującego o strukturach masowego przemieszczania się i wymiotów. Jednak nie jest to przedmiotem naszych dywagacji (oczywiście!). Spójrzmy teraz na nasz problem z perspektywy prostego korkociągu. Obróćmy się dookoła własnej osi. Śmiało! Oś nie gryzie! Jeśli, mając w świadomości wcześniej zdefiniowane modele zafiksowanych zjawisk, wykonaliście niewielką liczbę półobrotów, z pewnością dostrzegliście niejawną płaszczyznę przenikania się dwóch warstw w zakresie odpowiadającym liczebności grupy czynników dodatkowych warstwy drugiej (“Pikuś”). To właśnie ona (owa liczebność) okazuje się mieć decydujący wpływ na tzw. współczynnik membranowy danych rewersyjnych warstwy uśrednionej (WMDRWU). Jeśli wypełnić go mlekiem, jest zupełnie niegroźny. Jednak wypełniony falami mózgowymi (a tak właśnie sprawa ma się w naszych głowach) potrafi nieźle namieszać.
Mieszanie w środowisku nie do końca znormalizowanym i zbadanym jest czynnością ryzykowną i niezalecaną przez fachowców. Jednak u wielu gospodyń wiejskich taka sytuacja jest na poziomie codzienności. Ich WMDRWU potrafi mieć dzienne amplitudy w zakresie 150% wartości normalnej, zatem mowa tutaj już o warstwie żółtej podświadomości Prostotta. Jak powszechnie wiadomo, otoczka warstwowa podświadomości jest identyfikowana w diagramach jako biel, zatem obraz, który otrzymujemy, to żółć w bieli. Z czym to się wam kojarzy? Dokładnie. Z jajem. Stąd właśnie pociąg do drobiu wśród tylu gospodyń wiejskich, miejskich i pośrednich, które bywają momentami nawet bardziej niebezpieczne.
Ale o tym innym razem…
prof. R. Pompka
potrzymaj.pl
Jak być nieszczęśliwym?
Andrzej Chybaty – geniusz pochylił czoło nad człowiekiem
Najmodniejsze fobie w 2011 roku
Komentarze do artykułu
Brak komentarzy. Skomentuj pierwszy!